O autorze
Polski polityk, działacz opozycji demokratycznej w czasach PRL, poseł na Sejm I i II kadencji. Współzałożyciel Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" w ZM Ursus w Warszawie.
W latach 1980–1981 zasiadał w Krajowej Komisji Porozumiewawczej związku, następnie był członkiem prezydium Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność".
W 1989 uczestniczył w obradach plenarnych Okrągłego Stołu.
Należy do Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Pracuje m.in. jako wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim.

O Okrągłym Stole po latach, (część 2)

Umowa Okrągłego Stołu oznaczała całkowitą przebudowę ustroju państwa. Widzimy to w konkretnych instytucjach władzy, jak Senat czy urząd prezydenta. W jej wyniku naród odzyskiwał suwerenność. Umowa stała się źródłem prawa III Rzeczypospolitej. Widzimy to w konkretnych normach prawa konstytucyjnego.

Jeśli w art. 65 p. 5 czytamy, że Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia [...], to jest to zapis przeniesiony wprost z Porozumień Okrągłego Stołu. Także przepis ograniczający dług publiczny (art. 216 p. 5) i deficyt budżetowy (art.. 220 p. 2) może być utożsamiany z odpowiednimi ustępami Porozumienia. Nie chcę jednak, aby oceniać tę „Umowę” przez pryzmat konkretnych norm czy instytucji. Ważne i cenne dla mnie jest to, że przebudowę państwa zaczyna Umowa, a nie “zdobycie Bastylii”. Rewolucja bowiem daje radość raczej tłumom niż obywatelom. Po zdobyciu Bastylii czy Pałacu Zimowego czeka obywateli raczej głód niż dobrobyt. Gospodarka narodowa przez dziesiątki lat po zbrojnej rewolcie trwa w regresie. W naszym kraju, Porozumienie okazało się fundamentem gospodarczego wzrostu.



Tutaj możesz przeczytać część pierwszą: O Okrągłym Stole po latach, (część 1)

Od pierwszej chwili po podpisaniu Porozumienia wskazuje się na jego ułomności. Ma nią być na przykład kontraktowy charakter Sejmu X kadencji. Takich ustępstw w sferze układu sił jest oczywiście sporo. Jednak ci, co wskazują na nie palcem odwracają naszą uwagę, a może nie widzą rzeczy fundamentalnej, że w sferze wartości “Solidarność” odniosła stu procentowe zwycięstwo. Mówię tu o tym, że wizja Polski jaka wyłania się z Porozumienia jest oczywista – demokratyczny ustrój państwa, gospodarka wolnorynkowa, sądownictwo niezawisłe, słowo i twórczość artystyczna i naukowa wolne.

Przejściowy charakter czy nieadekwatność wielu rozwiązań nie zmienia tej fundamentalnej wymowy całego kontraktu. Z tego punktu widzenia całe środowisko Opozycji Demokratycznej i Solidarności ma prawo czuć się stuprocentowym zwycięzcą. W sferze idei negocjatorzy strony solidarnościowo-opozycyjnej wygrali wszystko, o co walczyli. Wielu jest jednak działaczy, którzy mierzą zwycięstwo ilością stanowisk, które mogą zająć. Denerwuje ich każdy dzień czekania na stanowisko. Tacy ludzie nigdy nie będą w pełni zadowoleni. To właśnie tacy „politycy” podważają do dzisiaj sens Okrągłego Stołu. Tadeusza Mazowieckiego określili jako żółwia. Gdy jednak to im przyszło rządzić, okazało się, że ich „przyśpieszenie” nie wystarczy, żeby dogonić ślimaka. Tadeusz, to przy nich gepard.

Wynik wyborów 4 czerwca 89 roku był sprawdzianem, co do intencji stron, które podpisały „Umowę”. Strona opozycyjno-solidarnościowa rywalizowała w wolnej grze sił o 261 mandatów do parlamentu (100 do Senatu i 161 do Sejmu). Werdykt obywateli był jednoznaczny: W Sejmie “Drużyna Lecha Wałęsy” otrzymała wszystkie 161 miejsc, zaś w Senacie 99. To było jego wielkie zwycięstwo. Wola obywateli została uszanowana.

Misja tworzenia rządu przekazana została ostatecznie “Solidarności”. Słów Porozumienia o “urzeczywistnieniu suwerenności narodu” - dotrzymano. Pomimo formalnej przewagi strony koalicyjno-rządowej (65% miejsc w Sejmie) strona ta podporządkowała się rzeczywistemu werdyktowi obywateli. Rozpoczyna się realizacja dwóch scenariuszy przewidzianych przez Adama Michnika. Jeden – biały, wspaniały, świetlisty, znany z wezwania - Wasz prezydent, nasz premier. Solidarnościowy rząd rozpoczyna epokowe dla naszego państwa reformy. Układ polityczny, który powstał możemy określić mianem wielkiej koalicji. To znana konstrukcja polityczna. Budowana jest, gdy trzeba przeprowadzić państwo i naród przez najtrudniejsze reformy, szczególnie gospodarcze. “Wasz prezydent, nasz premier” to w istocie program wielkiej koalicji. Tadeusz Mazowiecki uzyskuje jako premier niemal nieograniczony kredyt zaufania. Parlament akceptuje wszystkie wniesione przez Jego rząd projekty. Dzięki temu w spokoju wprowadza III RP w rodzinę państw demokratycznych o wolnorynkowej gospodarce. Obok białego scenariusza realizuje się jednak także czarny. Lech Wałęsa zdaje się nie ogarniać wyobraźnią tego, czego sam dokonał. Przyznaję, że także my, solidarnościowi przywódcy poszczególnych regionów, nie sprostaliśmy wyzwaniom tamtego czasu wielkich reform. Będę jednak mówił głównie za siebie.

Organizując Solidarność zdobyliśmy unikalne doświadczenie. W naukach o zarządzaniu nazywa się to zarządzaniem strategicznym; zarządzaniem podmiotowym; godnościowym; zarządzaniem przez jakość. Istota tego podejścia jest prosta. Służbę zdrowia reformują lekarze i pielęgniarki, a nie minister zdrowia. Oświatę - nauczyciele, a nie minister edukacji. Sądownictwo - sędziowie, a nie mister sprawiedliwości. My – robotniczy przywódcy mieliśmy obowiązek położyć tamę autorytarnym modelom reform, autorytarnym metodom prywatyzacji i zarządzania przedsiębiorstwami. Wiedziałem przecież, że obok znanego i powszechnego stylu kija i marchewki, rozwinięte są modele zarządzania godnościowego. Wiedziałem, że w cywilizowanym świecie jest wielu menagerów i firm stosujących te właśnie modele oparte o podmiotowe traktowanie pracowników. Potwierdzali to wielcy światowi inwestorzy radzący nam, aby zapraszać tę właśnie klasę fachowców. Wiedziałem, że w łatwo o tę kulturę w firmach skandynawskich, niemieckich, kanadyjskich, w wielu w USA. Wiedziałem, że restrukturyzacja wielkich przedsiębiorstw wymaga uwagi rządu, bo nawet drobna zmiana w podatkach, cłach czy akcyzie położy wieloletni kontrakt i doprowadzi do bankructwa.

O tych sprawach, najistotniejszych dla powodzenia reform, mówili nam – liderom Solidarności najlepsi inwestorzy, menagerowie i eksperci najlepiej rozwiniętych krajów (ze Szwecji, Niemiec, Japonii, USA, Włoch). Uznałem, niestety, że w powiedzeniu „Jedni są na czas walki, a inni na czas budowania” jest sens. Ustąpiłem więc pola. Po chwili było już za późno. „Budowniczowie” twórczo rozwijali policyjne metody kontroli i nadzoru. Tworzyli nowe policyjne służby i organy. Ścigali, karali, więzili. Z całą moją wiedzą, że dla zorganizowanej przestępczości taki właśnie styl rządzenia państwem i zarządzania jego służbami, to jak dla ryby woda, a dla ptaka powietrze zostałem niemal sam. Do dzisiaj czytanie Gazety Wyborczej, to dla mnie ciężka pokuta i dręczące wyrzuty sumienia, bo każdy numer, to kolejne historie ludzi, obywateli, przedsiębiorców udręczonych latami prześladowania przez biurokrację, służby kontroli, prokuraturę, sądownictwo III RP. Długi czas nie mogłem więc zrozumieć, skąd tak wielki dystans pomiędzy moją krytyczną oceną transformacji a zachwytem Adama Michnika. Wreszcie zrozumiałem. Adam nie czyta Gazety Wyborczej!

Lech Wałęsa najpierw, wietrząc podstęp, wycofał się z kandydowania do Sejmu. Znamy Lecha dobrze. Jasne stało się, że trzeba będzie bronić solidarnościowych parlamentarzystów przed jego krytyką a nawet atakami. Tak też było. Ale Lech Wałęsa zachował się lękliwie także wtedy, gdy przyszło obejmować urząd premiera. Zamiast przejmować rządzenie państwem, Lech wolał recenzować działania ustanowionego przez siebie Premiera. Pierwszy atak na Tadeusza Mazowieckiego usłyszałem z ust Lecha Wałęsy już trzeciego dnia po nominacji. Trafiła jednak kosa na kamień. Tadeusz Mazowiecki okazał się równie twardy i hardy zarazem, jak Lech Wałęsa. Ktokolwiek myślał, że uczyni z Mazowieckiego powolne sobie narzędzie, musiał słabo znać Tadeusza. To, co w polityce Mazowieckiego było krytykowane i atakowane - wstrzemięźliwość wobec drugiej strony, było siłą i wielkością tego rządu. Pozwalało bowiem utrzymać stan wielkiej koalicji i reformować państwo. Wszystko, co w polskich reformach wielkie i cenne, jest efektem tamtego czasu, tych kilku miesięcy.

Możemy lepiej zrozumieć Okrągły Stół, jeśli rozpatrzymy alternatywny scenariusz. Zakładał on, że trzeba poczekać aż Jaruzelski tak osłabnie, że będziemy mogli wziąć władzę bez żadnych układów i ustępstw. Dzisiaj widać wyraźnie, że taka wizja była racjonalna. Tak rzeczywiście mogło się stać. Warto jednak przyjrzeć się bliżej różnym szczegółom takiego biegu zdarzeń. Pierwsze pytanie brzmi: Na co czekać? Nikt chyba się nie spodziewał, że Jaruzelski nakaże swoim ludziom opuszczenie Urzędu Rady Ministrów i wywieszenia tabliczki – Wszystkie stanowiska wolne! Czekanie mogło oznaczać tylko jedno, że zacznie ktoś inny. Mogły to być Węgry, Czechosłowacja, ówczesne NRD. Dobrowolne oddawanie palmy pierwszeństwa, to skazywanie polityki państwa na marginalizację. Ile czasu poświęciliby Polsce wielcy tego świata, gdyby upadek Muru Berlińskiego był pierwszym wydarzeniem w tej części Europy? Czy politycy niemieccy chodzący w chwale tych, co obalili komunistyczny system, zajmowaliby się integrowaniem Polski z NATO i Unią Europejską? Wątpię. Warto także pomyśleć, jak rozwijałaby się nasza sytuacja wewnętrzna. Czy byłoby możliwe, żeby obóz solidarnościowy pozostał zwarty? Jestem dziwnie pewien, że „wojna na górze” wybuchłaby w tej samej chwili, w której upadłby system komunistyczny. Nie będąc liderem zmian, tocząc swoją wojnę na górze Polska nie byłaby graczem w europejskiej lidze. Byłaby jedynie piłką w grze prowadzonej przez innych.

O Okrągłym Stole po latach, (część 1)

Jutro kolejna część
Trwa ładowanie komentarzy...