O autorze
Polski polityk, działacz opozycji demokratycznej w czasach PRL, poseł na Sejm I i II kadencji. Współzałożyciel Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" w ZM Ursus w Warszawie.
W latach 1980–1981 zasiadał w Krajowej Komisji Porozumiewawczej związku, następnie był członkiem prezydium Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność".
W 1989 uczestniczył w obradach plenarnych Okrągłego Stołu.
Należy do Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Pracuje m.in. jako wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim.

Pech Warszawy, czyli o obrzydliwcach „wykorzystujących” Syrenkę

Warszawska Syrenka, to najpiękniejszy symbol miasta wśród wszystkich liczących się miast na świecie. Konkurować z nim może tylko syrenka kopenhaska. Nasza jednak jest bardziej doświadczona, bardziej wojownicza, uzbrojona, zdolna do obrony miasta. Sama jednak nie da rady. Mieszkańcy Warszawy muszą jej pomóc. Referendum, to nie jest bój o Warszawę. To część batalii o to, kto będzie rządził Polską. W tym sensie, to tylko instrumentalne, podłe wykorzystanie „Syrenki”. Czy Warszawa będzie coś miała z tego boju o Polskę? Niestety, nic znaczącego, systemowego, tylko jakieś chwilówki, a mogło być tak pięknie!

Prezydent (mer) stolicy, to jedna z najwyżej sytuowanych funkcji w protokołach dyplomatycznych. Słusznie. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie państwa bez stolicy. Już tu Platforma Obywatelska, czyli duet Tusk/HGW miał do wypełnienia przełomową misję – wreszcie rozwinąć, ukształtować i utrwalić stołeczne funkcje Warszawy. Do tego jest niezbędne współdziałanie Prezydenta Warszawy i Premiera. Dwie kadencje Tuska i HGW mogły być wyjątkowo szczęśliwym czasem dla Warszawy. Nie były i już nie będą. Czekałem i bardzo liczyłem, że „czas referendum” posłuży do głębokiej krytyki i debaty o problemie stołecznych funkcji Warszawy. Liczyłem na głos ludzi, którzy w czasach „pierwszej Solidarności” tak dużo i tak znakomicie pracowali nad strategią dla naszej stolicy. Nie znajduję najmniejszego śladu takiej refleksji. Dostrzegam coś przeciwnego, groźną dla miasta ignorancję w sferze opinii publicznej.



Warszawa, to systemowe problemy, których źródłem są czasy PRL-u, II Wojny Światowej, czasu zaborów. To splot roszczeń wynikłych z wywłaszczeń, przesiedleń, wojennych kradzieży i zniszczeń, powojennej strategii odbudowy, „dóbr martwej ręki”, nieruchomości o nieuregulowanej własności. Dzięki współdziałaniu władz Stolicy, Rządu i Parlamentu można było wreszcie wypracować mechanizmy rozwiązywania tych „gordyjskich węzłów”. Te rozwiązania są przecież tak potrzebne obywatelom Warszawy i nie tylko. Czas, jaki pozostał „Platformersom” już, niestety, nie wystarczy, aby dla rozwiązania tych kwestii zrobić cokolwiek istotnego. Bałagan prawny, indolencja w sztuce rządzenia Stolicą będzie trwał nadal. Konsekwencje tego stanu w dziedzinie finansów miasta, urbanistyki, komunikacji, inwestycji, polityki socjalnej, kultury będą nas prześladować przez kolejne dziesięciolecia.

Konstelacja konserwatywno-liberalnych władz Warszawy, konserwatywno - liberalnego Rządu oraz większości parlamentarnej powinna, przynajmniej zgodnie z głoszonymi wartościami, rozwiązać problem reprywatyzacji. Kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy mieszkań dla rodzin wysiedlanych z reprywatyzowanych kamienic, to dla Stolicy państwa żaden problem. Pozostawienie tych spraw w sferze chaotycznych przepisów, brutalnych eksmisji i urzędniczych procedur, to dla tych rodzin dramat a dla miasta strata. Nie jedyna, niestety. Ignorancja, może zła wola, a może przemyślany chaos w przepisach i w planowaniu urbanistycznym, to generowanie kosztów dla budżetu miasta na skalę trudną do oceny i opanowania. Oczekiwałem, że prawnicze i ekonomiczne wykształcenie wsparte praktyką bankową pozwoli dostrzec i przeciąć ten, być może najgroźniejszy dla Warszawy gordyjski węzeł.

Stolica państwa ma uprzywilejowane miejsce wśród pozostałych miast kraju. Trzeba jednak dobrze rozumieć, co ten przywilej oznacza, na czym polega i jak go wykorzystać dla dobra miasta, jego mieszkańców i reszty kraju. Jest zatem stolica najważniejszą metropolią. Tu przybywają ze swoją pierwszą wizytą inwestorzy i inni wielcy tego świata. Tu zatem poznają, na czy polegają szanse i warunki do inwestowania, wystawiania, koncertowania. Tu powinni dowiedzieć się, jakie są możliwości nie tylko w Warszawie, ale i reszcie kraju (funkcja stołeczna). Być główną metropolią, to zarazem świecić przykładem, pokazać, na czym polega dobre realizowanie funkcji metropolitalnych, czym jest rozwój metropolitalny i jak metropolia go wspiera. Czy jest cokolwiek w tej dziedzinie, czego można by od Warszawy się nauczyć? Nic! Jeśli gdzieś uczyć się zarządzania metropolitarnego, to raczej w Poznaniu i Wrocławiu, także w Szczecinie i Lublinie, ale nie w Stolicy Mazowsza.

Wielkie miasto, to wyzwanie w dziedzinie polityki bezpieczeństwa. Kultura Solidarności, to bogata wiedza i cały wachlarz narzędzi do kreowania bezpieczeństwa metodami niepolicyjnymi. Obywatele mają prawo oczekiwać, że ci, którzy odwołują się do tradycji solidarnościowej będą umieli prowadzić taką właśnie politykę. Warszawa ma jednak, jak do tej pory, wyjątkowego pecha. Jej kolejni włodarze potrafili jedynie rozwijać formacje policyjne i ich uprawnienia. Dzisiaj o skuteczności tej strategii świadczą ogrodzone, zamknięte osiedla, dodatkowe stalowe drzwi kraty w oknach warszawskich mieszkań, prywatne agencje ochrony. Mandaty Straży Miejskiej nie są narzędziem porządku w mieście, lecz jego budżetowych dochodów. Temu jest podporządkowana strategia i taktyka tej służby. W kraju, gdzie prawo jest systemem, bez problemu poradzilibyśmy sobie z tą patologią przy pomocy sądu. W kraju, gdzie zamiast systemu prawa jest zbiór ustaw i przepisów jesteśmy skazani na upokarzające kary i kajanie się, bo Straż i Policja poluje, zamiast pomagać. Polityka bezpieczeństwa, to zadanie cywilnych władz.

Przywódcy odwołujący się do myśli liberalnej powinni wiedzieć i rozumieć, jak należy tę myśl realizować w praktyce. W Warszawie mogli wykazać się swoją skutecznością. Niestety, mam wrażenie, że w tej dziedzinie decydują ludzie, którzy hołdują feudalnej tradycji nahajki, dyb i pręgierza. Tymczasem realizowanie polityki bezpieczeństwa metodami niepolicyjnymi wymaga od rządzących mądrości, kreatywnego myślenia, otwartości na aktywność obywateli. Wymaga inwestycji w życie kulturalne, sportowe, we wspólną przestrzeń miasta. Trzeba się wsłuchiwać, jak bije puls tej przestrzeni i sprzyjać obywatelskiej aktywności.

Do Warszawy ciągną ludzie z różnych regionów naszego kraju. Każdy ten region, to bogata i wspaniała kultura. Czy odnajdują w stolicy swojego kraju bodaj ślad zainteresowania ich regionem? Te regiony, ich stolice tętnią życiem kulturalnym. Czy twórcy wartościowych dzieł, spektakli, koncertów mają szansę zaprezentowania ich w Warszawie? Stolica państwa jest zobowiązana do pełnienia roli mecenasa. To przez galerie, sale koncertowe i wystawowe stolicy powinna wieść droga na europejski i światowy rynek sztuki. To jedna z najważniejszych funkcji stołecznych, którą można znakomicie zapoczątkować i rozwijać, jeśli za partnera ma się ministra kultury z tej samej partii. Czy oczekiwałem czegoś nadzwyczajnego, czegoś niestandardowego? Nie. To standardowa rola wielu normalnych stolic Europy i nie tylko.

Stolica kraju zawsze ma wielokrotnie ( i to raczej stukrotnie, niż dziesięciokrotnie) większe możliwości kreowania dochodów budżetowych, niż jakiekolwiek inne miasto. Dochody stolicy można porównywać tylko z dochodami państwa. Bez problemu zatem jest w stanie sfinansować nawet największe miejskie inwestycje ( metro, muzea, teatry, filharmonie, szkoły itp.). Jednym z najważniejszych źródeł, jest prawidłowe zarządzanie nieruchomościami. Wielu fachowców z różnych miast Europy upominało mnie na początku lat dziewięćdziesiątych, że finansowanie inwestycji miejskich stolicy przez budżet państwa jest nieetyczne. Nieetyczne jest także zabieranie przez stolicę pieniędzy z pomocy zagranicznej. Te pieniądze powinny być kierowane do innych miast i regionów, bo stolica ma i tak więcej własnych możliwości jako stolica właśnie. Dlaczego Warszawa nie wypracowała własnych źródeł pozyskiwania kapitału na swe inwestycje? Korzysta z innych, łatwych źródeł. To ta łatwość zabija myślenie o własnych zasobach, o sposobach ich aktywowania. To kształtuje i utrwala intelektualną impotencję władz naszej stolicy w tej sferze. Sprawność w zdobywaniu dotacji unijnych nie różni się, co do istoty, od sprawności żebraka. To, skądinąd, zdumiewające dla mnie, że konserwatywno-liberalna ekipa potrafi tak ostentacyjnie chwalić się procederem zdobywania funduszy, który ideowo powinien budzić ich odrazę. Tak to już jednak jest, gdy jest się nie tyle znawcą, co raczej wyznawcą danej idei.

Duet Tusk/Gronkiewicz stanowi wyjątkowe, znakomite połączenie pozwalające pokazać, na czym polega wielka sztuka rządzenia państwem i jego stolicą. Gdyby choć w jednej sferze wyszli ponad przeciętność, zasłużyliby na wieczną chwałę. Ponad przeciętność, to dla mnie nie 5!, byłbym zachwycony poziomem 3+. Niestety, trója na szynach, to wszystko, co mogę dać. Nie martwię się jednak Hanną Gronkiewicz Walc. Pozostanie dla mnie niedościgłym przykładem tego, jak wspaniale można „piastować urząd”. Ja jestem z innej szkoły, szkoły działania. W tej szkole zbudowanie mostu jest sukcesem jego architekta, wykonawcy, urbanisty, banku kredytującego budowę. Prezydent miasta ma tylko na czas podjąć stosowne strategiczne decyzje. Wyliczanie, co „zbudował” prezydent budzi moje fizyczne obrzydzenie. Obrzydzenie, bo przypomina mi to czasy PRL i sowieckiej Rosji. Tam wszystko zawdzięczano Pierwszemu Sekretarzowi. To „On” budował, otwierał i przekazywał narodowi. Zdumiewa mnie, że tak wielu wybitnych ludzi, pamiętających tamten czas, walczących z tamtym systemem i jego autorytarną kulturą potrafi dziś bez cienia refleksji powtarzać, odtwarzać kalkę „propagandy sukcesu” tamtego obrzydliwego czasu. A przecież można normalnie, po ludzku powiedzieć, że trója na szynach, to dobry wynik. Zdałeś! Mało tego! Pani Hanno! Pani jest na prawdę najlepsza. Jest jednak pewna odpowiedzialność intelektualna i moralna wobec obywateli – mieszkańców Warszawy. Należy im się solidna wiedza, czym jest stolica państwa. Należy im się wyjaśnienie, co z tą reprywatyzacją, bo wraz ze zwycięstwem Solidarności, na początku procesu transformacji przeszło 90% z nich poparło zwrot majątków.

Mieszkańcy Warszawy powinni wiedzieć, że „metro”, to anachroniczny, niebezpieczny i potwornie drogi system komunikacji w mieście. Jeśli mimo to chcą go mieć, niech liczą się z koniecznością jego finansowania, bo czas, gdy „cały naród budował swoją stolicę” należy do kompromitującej przeszłości. Ci sami obywatele, mieszkańcy Warszawy powinni dowiedzieć się, czym są funkcje stołeczne. Jedną znają. Trzeba godzić się z manifestacjami. Są jednak inne, równie poważne. To one decydują, czy będziecie w reszcie kraju oczekiwani i witani z szacunkiem, czy też będziecie pogardzaną „warszawką”. Czas referendum mógł być poważną debatą nad polityką bezpieczeństwa w Stolicy. To na przykład pytanie: Czy Straż Miejska ma, jak teraz, stać za zakrętem na Moście Śląsko-Dąbrowskim i wlepiać mandaty zdezorientowanym kierowcom? Może jednak powinna stać przy wjeździe na Most, informować o zakazie wjazdu, przeprosić za niedogodność i skierować na objazd. Nie muszę dodawać, że ten pierwszy zastosowany model jest efektem totalitarnej umysłowości decydentów. Ten drugi zwykłym rutynowym działaniem w kraju liberalnej demokracji wspartej światłą myślą konserwatywną. Kiedy przeczytałem słowa Pani Kidawy – Błońskiej, że Warszawska Orkiestra Symfoniczna otrzymała siedzibę, aż podskoczyłem z radości. Widziałem zwycięski projekt tej siedziby. Uważam go za genialny. Wart Pragi z jej wysoką unikalną atmosferą i kulturą, jak i całej Warszawy. Szybko jednak przyszło otrzeźwienie. Orkiestra po prostu nie musi się chować pod mostem. Ma dach nad głową. Do siedziby jednak droga bardzo daleka. Gdyby chociaż nagrody urzędników z jednego roku przeznaczyć na ten cel, byłby już projekt wykonawczy.

Martwię się o Warszawę.

Nie dlatego jednak, że „liberalno – konserwatywna” ekipa nie wspięła się na wysokość zadania określonego jej programową ideą. Przywykłem już, że mamy w Polsce do czynienia raczej z wyznawcami, niż znawcami danego światopoglądu. Martwię się stanem opinii publicznej. Jeśli tyle znamienitych osób angażuje się w obronę HGW, to co to znaczy? Czyżby nie zdawali sobie sprawy ze stanu Stolicy? Chcecie powiedzieć mieszkańcom, że rozwój Warszawy odbywa się według sensownych urbanistycznych założeń? Chcecie wmówić Warszawiakom, że rzucające się w oczy bryły wieżowców, to dobra architektura? Ja mam wrażenie, że to „dzieła” średnio zdolnych studentów, którym pracownie architektoniczne dały szansę na postawienie czegoś w stolicy średniego europejskiego kraju. To się liczy w ich SV, ale na Warszawie odciśnięte zostaje piętno trzeciorzędności, średniactwa i nawet dzieło Daniela Libeskinda nie zmieni tego wrażenia. Kiedy udaje się skłonić zagranicznego gościa, by powiedział, co unikalnego, pięknego, interesującego ma w sobie Warszawa, wskazują tylko na jeden fenomen; prawy, dziki, naturalistyczny brzeg Wisły. Zaklinali mnie, by tego fenomenu nie zniszczyć, nie zabetonować, nie zagracić szkłem i betonem, bo coś takiego widzą tylko tutaj. Czy mieszkańcy Warszawy wiedzą o tym skarbie? Czy wie o tym warszawski establishment, warszawskie elity? Czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto uruchomi mechanizmy obywatelskiej ochrony tego unikalnego skarbu? Fundacja „Ja Wisła”, to za mało, aby uratować prawy brzeg. Dość jednak, aby przekształcić ochronę tego brzegu w prawdziwie wielki projekt obywatelski.

Martwię się o Warszawę, bo nie widzę i nie słyszę nikogo, kto rozumiałby strategiczne problemy tego miasta. Jego kręgosłup przetrącono na początku polskiej transformacji dzieląc Warszawę na siedem odrębnych gmin. Jak by tego było mało, w kolejnych latach dobijano Ją kolejnymi podziałami. Przez ten proceder Stolica straciła szansę na spójne planowanie urbanistyczne, spójny system komunikacji, budowę systemu zarządzania nieruchomościami, zarządzania i finansowania kultury, kształtowanie i ochronę przestrzeni publicznej (krajobrazu architektonicznego), systemu finansów miasta i zasad finansowania inwestycji i wielu innych funkcji wymagających planowania strategicznego. Ci, którzy ten podział przeprowadzili, powinni stanowić „dwór warszawskiego Bazyliszka”. Ci, którzy ten projekt poparli, powinni co roku pielgrzymować do pomnika Syrenki w worach pokutnych. Głupstwa, które wylały się z ust zwolenników podziału i zalały Warszawę zalegają do dzisiaj. Skutki tej „powodzi” pozostawią trwałe piętno po wsze czasy.

Martwię się o Warszawę, bo znaczący przedstawiciele opinii publicznej (w tym mediów) nie rozumieją, czym różni się „piastowanie urzędu” od zarządzania strategicznego, zarządzania przez cele. Nie rozumiejąc, utrwalają wyobrażenie o „Prezydencie”, jako „Pierwszym Budowniczym”. Taki „Budowniczy” rozliczany jest z tego, ile „zbudował” mostów, torów tramwajowych, linii metra, oczyszczalni. Rzecz fundamentalna dla miasta, czyli prawidłowa konstrukcja procesu inwestycyjnego za którą odpowiadać powinien Prezydent i miejscy Rajcy, jest poza intelektualnym zasięgiem czołowych przedstawicieli opinii publicznej w tym dziennikarzy piszących i mówiących o Warszawie. I proszę nie mówić mi, że przecież tyle się w Warszawie buduje, remontuje, rewitalizuje, że powstało tyle znakomitych architektonicznie obiektów. To prawda. Czy to znaczy, że pomimo Okrągłego Stołu, całej solidarnościowej rewolucji, solidarnościowych rządów Warszawa mogła utknąć w PRLowskim zastoju? Potraficie sobie to wyobrazić? To chcecie zasugerować Mieszkańcom Warszawy? Jeśli tak, to tkwicie w „mylnym błędzie”, jak to wyraził pewien „klasyk”. Nawet pod butem najokrutniejszej i najgłupszej dyktatury coś się rozwija, coś buduje. Miasto, to po prostu organizm miejski, który nie zna pojęcia całkowitego zastoju.

Rozumiem lęk wielu z nich przed rządami „Prawa i Sprawiedliwości”. Nie zgadzam się jednak na to, aby „ratować Polskę” za cenę ogłupiania obywateli - mieszkańców Warszawy.
Trwa ładowanie komentarzy...