Refleksje o IV RP

Na naszej scenie politycznej sporo się zmieniło. Sprawcą tej zmiany okazała się młodzież. Swoimi głosami przemodelowali tę scenę. Czy jednak zmienili to, o co się na tej scenie rozgrywa? Czy chcieli, na przykład oglądać polityczną batalię o Trybunał konstytucyjny? Wątpię. Chcieli zapewne sprawiedliwości. Media każdego dnia informowały o sprawach, gdzie Temida okazała się nie tylko ślepa, ale i głucha na krzywdy ludzkie. Na publiczną scenę wkroczyła też historia. Widzimy to choćby po stojących na regałach pismach, dodatkach, książkach o dalszej i nowszej historii Polski. Stoją nie dla tego, że ich nie sprzedano. Stoją, bo jest na nie popyt. Wzrosło zainteresowanie historią polski, spada zainteresowanie Unią Europejską. Te dwie tendencje zapewne są ze sobą splątane.

W historii szukamy uzasadnienia dla naszej dumy. Od UE otrzymujemy pieniądze, ale jest w tym więcej poczucia, że to jałmużna dla ubogich, niż partnerskie, czy braterskie wsparcie. Psychologiczny fenomen wrogości wobec darczyńcy znany jest bardzo dobrze. Politycy Platformy powinni go znać. Zamiast jednak zastanowić się nad mechanizmem zagospodarowania unijnych pieniędzy, poszli najłatwiejszą ścieżką: rozdają wedle próśb i za poświadczeniem odbioru (wniosek i rozliczenie). Liderzy polityczni i intelektualni Unii Europejskiej już dawno powinni zauważyć związek między strumieniem pieniędzy do danego kraju i stopniem wrogości jego obywateli do darczyńcy. Grecja jest tu ekstremalnym przykładem. Tam też widzimy zwrot ku historii. Niestety, urażona duma, to najlepsza pożywka dla „fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki”.



Czy zwycięski PiS ma świadomość, co do stanu ducha obywateli RP? Chyba tak. Wygrał przecież wybory. Miał rację, gdy obśmiewał „ciepłą wodę w kranie”. Ten program musiał się skojarzyć ze znanym: Komunizm – to władza radziecka plus elektryfikacja całego kraju. Moją wątpliwość budzi jednak to, że PIS kroczy tym samym szlakiem, skoro zapewnia, że zaopiekuje się naszym poczęciem, nauką, pracą, leczeniem, emeryturą. Na stare lata otrzymamy także darmo pieluchomajtki. Patriarchalne traktowanie obywateli i narodu pozostaje, jak widzę, nieusuwalną cechą wszystkich kolejnych gabinetów. Młodzi głosując, chcieli zmiany. Czy to, co obserwujemy jest zapowiedzią tej właśnie oczekiwanej zmiany?

Nasza scena polityczna nie była, jak widać, „zabetonowana”. Zabetonowana była raczej debata publiczna. Jedni zafiksowali się na krytyce Platformy widząc w niej całe zło III Rzeczypospolitej. Krytykując Platformę należało także wskazać „Gazetę Wyborczą”, jako „zbrojne ramię” tego „obozu”. Demiurgiem wszelkiego zła był tu oczywiście i pozostaje Adam Michnik. „Obóz Platformy” tak z kolei zafiksował się na krytyce Prawa i Sprawiedliwości, że osiągnął poziom niekontrolowanej rozumem histerii. Tak powstały dwa bieguny tworząc spektakl wokół sporu o to, który obóz jest światłym południem, a który mroczną północą. Ten kręcący się wokół własnej osi dipol umniejszał znaczenie, wręcz zmiatał ze sceny publicznej wszelką debatę, która często dotyczyła strategicznych kwestii podnoszonych przez środowiska naukowe, prawnicze, gospodarcze, artystyczne i NGOsy. W tamtej atmosferze niemożliwa stała się normalna demokratyczna krytyka polityki kolejnych rządów. Krytyka była od razu atakiem na „jedynie słuszny” gabinet.

Z tego punktu widzenia te wybory wniosły do sfery publicznej trochę świeżego powietrza. Dla mnie interesujące pozostaje to, co wnieśli swoją obecnością działacze Partii „Razem”. Po pierwsze, wyrugowali wreszcie postpezetpeerowską SLD. SLD pozostawało żywym symbolem polityki, jako umiejętności zdobycia i utrzymania władzy. Ich zejście, to wstępny warunek, który pozwala przywrócić pojęciu „polityki” jej prawidłowe znaczenie – to umiejętność, wręcz sztuka debatowania i dochodzenia do tego, czym jest dobro w życiu społecznym. W programie Partii Razem znajduję elementy takiego właśnie podejścia – polityki, jako powołania. Dla mnie, to z jednej strony radość i satysfakcja, bo to było treścią Solidarności. Z drugiej, moment przykry, bo odbywa się to bez przywołania tego jedynego w polskiej historii milenijnego Ruchu. Przy takim zdefiniowaniu „polityki” z całą mocą trzeba podkreślić, że walka o zdobycie i utrzymanie władzy, to jeszcze nie polityka. Umiejętność zdobycia władzy i jej utrzymania może bardzo pomóc w realizowaniu dobra w życiu społecznym, czyli istoty „polityki”, ale samo w sobie „polityką” nie jest! Tego, niestety, wciąż nie rozumieją ci, którzy wpływają na opinię publiczną.

Media zajmują się „politykami” tworząc tym samym wrażenie, że zajmują się „polityką”. Czy zdają sobie sprawę ze swoistego przewartościowania tego najważniejszego pojęcia dla naszej kondycji ludzkiej? Chyba tak. Nie brak wśród dziennikarzy absolwentów filozofii. Dlaczego zatem zajmują się politykami? Najprostsza odpowiedź brzmi - bo to jest najtańsze. To jest tanie pod każdym względem. Dla właściciela stacji, bo zapraszając polityka nie trzeba płacić honorariów. „Politycy” sami pchają się o każdej porze dnia i nocy na „szkło” i do mikrofonu. Dla twórców programów, bo nie potrzebują asystentów, ekspertów, czasu na studiowanie problemu. Wystarczy zaprosić „polityków”, rzucić miedzy nich „temat” i program gotowy. Intelektualna słabość naszych mediów w sferze „polityki” jest szczególnie widoczna na tle formy takich audycji w USA, Wielkiej Brytanii czy RFN.

Podczas trzymiesięcznego stypendium w USA jedynie dwa razy zobaczyłem gubernatora stanowego w programie dotyczącym polityki. Programów o polityce obejrzałem dziesiątki. Amerykańscy politycy są najczęściej wśród oglądających, a nie uczestników takich programów. To z nich dowiadują się, co jest problemem ich kraju, stanu, miasta, co interesuje obywateli. To w tych debatach kształtuje się konsensus obywateli w sprawie tego, co jest dobre, która koncepcja, które rozwiązanie jest najlepsze. Rolą i zadaniem polityków jest realizować wolę obywateli. Tak rozumiana polityka, to nieustająca publiczna debata w poszukiwaniu społecznego porozumienia wobec najważniejszych problemów. „Porozumienie społeczne”, to termin, który powinien być dobrze znany scenie politycznej w naszym kraju. Przecież nasza wolność i transformacja jest zbudowana na „Porozumieniu Sierpniowym” i „Porozumieniu Okrągłego Stołu”.

W tych parlamentarnych wyborach nasza solidarnościowa tradycja była całkowicie nieobecna. Co więcej, ostatnie dni pokazują, że solidarnościowa tradycja, solidarnościowy etos jest rugowany z obyczaju parlamentarnego i szerzej, ze sceny politycznej. Mam jednak poczucie, że w przestrzeń publiczną wdarły się wreszcie inne środowiska ze swoimi…? Cóż? To jeszcze nie pomysły na program, to dopiero zamysły. Zawsze jednak to coś innego, niż coraz bardziej męcząca celebra w piastowaniu godności (staropolskie określenie urzędu) przez polityków Platformy.

„Nowoczesna” Ryszarda Petru i Partia „Razem” stają się szansą i nadzieją na przywrócenie myśli liberalnej i socjaldemokratycznej w polskiej debacie publicznej. Totalitarny komunizm i 45 lat PRL „zamordował” te nurty polityczne w naszym kraju i nie tylko. SLD i Platforma okazały się skuteczne w grze o władzę, ale bezradne i impotentne wobec wyzwań XXI wieku. Połączenie sprawności w grze o władzę z intelektualną impotencją zabetonowało debatę o roli i zadaniach socjaldemokracji i liberałów w Polsce i naszej zjednoczonej Europie. Cieszę się więc bardzo, że „Razem” nie dało się wciągnąć do „Zlewu” a „Nowoczesna” na Platformę. Te koalicje spłukałaby z nich i zdolność myślenia i entuzjazm w działaniu.

Czy Partia „Razem” przewietrzy lewą stronę sceny politycznej? Nadzieja jest. Pewności nie ma. W kampanii nie usłyszałem niczego, co by wskazywało, że do znanych od dziesięcioleci problemów młoda i nowa lewica podchodzi w nowy innowacyjny sposób. Budownictwo komunalne, to znana od dziesięcioleci i uchodząca za skuteczną metoda rozwiązywania problemu mieszkaniowego. A jednak 25 lat temu szwedzcy eksperci przestrzegali mnie przed tym podejściem. Powód jest prosty. Nie szanujemy tego, co otrzymujemy za darmo. Jeśli to było problemem w Szwecji, to co będzie u nas? Czy zatem wiadomo jak postępować, aby rozwiązywać skutecznie ten problem? Tak, wiadomo. Nie usłyszałem jednak o tym nawet jednego zdania. Czy „Nowoczesna” wie, jak rozwiązuje się problem mieszkaniowy? Nie muszą wiedzieć. Ważne, czy wiedzą, kogo spytać.

Druga kwestia, która wymaga myślenia i strategii, to fakt, że coraz mniej pracowników potrzebujemy do wyprodukowania potrzebnych nam towarów. Strategiczne analizy wskazują, że 20% pracujących wystarczy, aby zaopatrzyć nas we wszystko, czego zapragniemy. Już dzisiaj obserwujemy gwałtowny rozrost biurokracji wszelkich szczebli w administracji państwa. To zrozumiałe, bo administracja staje się jedynym stabilnym miejscem, gdzie otrzymuje się stałą, pewną i całkiem wysoką pensję. Aparaty partyjne zwycięskich partii będą tworzyć tysiące nowych stanowisk dla „swoich”. Nic tego nie powstrzyma. Petru i Zandberg też nie. Widzę to po mechanizmie rozwijania partii. Zatrudnienie w administracji jednak nie wystarczy, by rozwiązać problem pracy. Grecja pokazała, że taka taktyka kończy się niewyobrażalnym nepotyzmem i korupcją. W krajach „starej” Europy obserwujemy już debaty i ruchy społeczne, które tworzą odpowiedź na problemy zatrudnienia, wyżywienia, kształcenia itd. Lewica i liberałowie XXI wieku, zwłaszcza w Polsce – kraju Solidarności, nie może milczeć o tych problemach i nie może poprzestawać na strategiach sprawdzonych i skutecznych, ale dla XIX i połowy XX wieku. Młodym i entuzjastycznym liderom obu partii dedykuję moją uwielbianą dewizę z Wittgensteina: Zrozumieć to tyle, co wiedzieć jak postąpić.
Strategicznych kwestii jest sporo. Globalizacja, marzenie i ideał wielu humanistów wszystkich kontynentów i kultur, staje się rajem nie tylko dla nich. Staje się też rajem i instrumentem rozwoju korporacji. Te zaś swoimi produktami i usługami dławią wszelką krajową i lokalną konkurencję. Dla wąskiej elity zatrudnionej w administracji publicznej, to dobrze. Mają tanie produkty na rynku. Jaki ma być los 80%, dla których nie będzie żadnej pracy? Jaki też będzie los i płaca tych 20%? Widzimy to już dzisiaj choćby w Bangladeszu. To nawet nie jest niewolnictwo. O niewolnika, jako „ożywione narzędzie”, trzeba było dbać. To, co widzimy, to ekstremalny feudalizm. Bierze się pracę, nie uznając za stosowne, aby za nią zapłacić. Czy u nas rozwiązania tego problemu będzie szukał „polski liberał”, czy pozostawi to „wolnemu rynkowi”? Użyłem cudzysłowów, bo znajomość w Polsce terminu „liberalizm” i „rynek” pozostawia wiele do życzenia. Czy rozwiązania będzie szukał polski konserwatysta (czy tacy w ogóle są?), czy uzna, że człowiek sam ma sobie poradzić. Tę debatę mogą i powinni uruchomić młodzi parlamentarzyści wraz pozaparlamentarną (na razie) niekomunistyczną i antytotalitarną lewicą. Piszę „młodzi”, bo trzeba wizjonerów o otwartych umysłach, aby w ruchach społecznych, w zdobyczach nauki i techniki dostrzec możliwości, które już dzisiaj stają się kluczem do rozwiązania narastających problemów.

„Nowoczesna”, to z kolei szansa na zaistnienie w przestrzeni publicznej myśli liberalnej. Proszę się nie dziwić temu stwierdzeniu. Do tej pory nie mieliśmy, w mojej ocenie, żadnej partii, która kierowałaby się prawidłowo rozumianą doktryną liberalną. Powtórzę: Rozumieć, to jak wykazał Wittgenstein, tyle, co wiedzieć, jak postąpić. Były i są partie i politycy, którzy się do liberalizmu odwoływali. Były projekty i decyzje gospodarcze, które noszą ślad wpływu myśli liberalnej. Daleko im jednak do ideowej spójności. Szczególną trudność sprawia jednak różnym „liberałom” odpowiedź na pytanie, jak dany problem rozwiązywać, jak polityczny cel realizować zgodnie z liberalną szkołą działania. Taką szkołę trzeba po prostu znać i rozumieć.

To okazuje się bardzo trudne, choć niezbędne w procesie reform i systemowej transformacji. Jej fundamentem jest wolność, indywidualizm i odpowiedzialność. Wolność bez odpowiedzialności, to anarchia. Indywidualizm bez odpowiedzialności, to egoizm. Brak prawidłowo rozumianej i realizowanej myśli liberalnej doprowadził do zdominowania sfery publicznej (na przykład w zarządzaniu i finansowaniu służby zdrowia, systemie emerytalnym, systemie oświaty) przez politykę o charakterze skrajnie patriarchalnym. To po prostu oznacza, że wszystko zapewniają nam jacyś „Oni” (NFZ, ZUS, MEN). My, Obywatele nie musimy nawet zajmować się tym, ile, co kosztuje. Na wszystko „Oni” mają „odpowiednie” algorytmy, procedury (medyczne), testy. Tak krok po kroku wyłącza się Obywatela z odpowiedzialności za siebie, za rodzinę, za los innego Obywatela, za kraj. Jest niepotrzebny, bo rządzący mają odpowiednie algorytmy, dane statystyczne, wskaźniki, rankingi, procedury. Zamiast procesu społecznego, zamiast porozumienia społecznego, dialogu mamy inżynierię społeczną. Czy „Nowoczesna” może to zmienić? Bardzo na to liczę. Niepokoją mnie tylko wypowiedzi, które w ustach działaczy tej partii brzmią, jak standardowe, komputerowo generowane zdania zredagowane na krótkim kursie PR. Zastrzeżenie nie dotyczy Ryszarda Petru. W retoryce, póki co, nie ma sobie równych w tym parlamencie. Czy jest równie biegły w erystyce? Mam taką nadzieję.

Hasło „JOWy”, to jest program polityczny. Jednoosobowy okręg wyborczy całkowicie zmienia taktykę działania partyjnych sztabów wyborczych i samych partii. Nie będą mogli nam – wyborcom machać przed oczami kartką i mówić, zobaczcie jaką mamy znakomitą listę. W każdym okręgu wyborczym z osobna muszą nas, wyborców przekonać, że to ich kandydat jest najlepszy. Teoretycznie to zmusza partie do wystawienia kandydata, którego znamy i cenimy (za intelekt, za osiągnięcia, za działanie). Teoretycznie to wpłynęłoby na poprawę jakość parlamentu. Tak też było w minionych latach w krajach, gdzie działa ten właśnie system. Coś jednak się zmienia w ostatnich dekadach. Zwyciężać zaczynają celebryci, a zatem ci, którzy są znani z tego, że są znani. Czy celebryci w parlamencie poprawią jakość jego działania? Pozostawiam pytanie bez odpowiedzi. Dla nas – obywateli ważna jest jeszcze jedna cecha wyborów w okręgach jednomandatowych. W tym systemie nie wchodzi się do parlamentu z zaszczytnego drugiego, tym bardziej dalszego miejsca. Zwycięzca jest tylko jeden. To wpływa na wysokość wydatków w kampanii wyborczej, bo gra o mandat jest grą o wszystko. Gra o wszystko wymusza angażowanie wszelkich środków. Pieniądze na kampanię bierze się od wszystkich, którzy dają. Dają, ale to oznacza zobowiązania. Trudno. Lepiej mieć zobowiązania jako deputowany, niż długi na „zaszczytnym drugim miejscu”. Brytyjczycy, którzy mają tu znakomite doświadczenie, uprzedzali mnie, że w tym systemie koszty kampanii wyborczej wzrosną 8 do 10 razy. Do tego dochodzą polityczne koszty „zobowiązań”. Chciałbym, żeby Kukiz 15 razy się zastanowił nad długofalowymi konsekwencjami swojej reformy.

Kukiz 15 oraz PiS zapowiedziało chęć zmiany Konstytucji. To bardzo poważny polityczny program. Należę do tych parlamentarzystów, którzy obecną Konstytucję uchwalali. Nie uważam, że jest zła. Nie jestem jednak jej admiratorem. Wielokroć wyżej cenię sobie projekt konstytucji przygotowany pod kierownictwem Bronisława Geremka. Formą i treścią wypływał on z doświadczenia i ducha Solidarności. Wysoko cenię też projekt Porozumienia Centrum. W nim także zawiera się solidarnościowe doświadczenie, choć zarazem silnie naznaczone doktryną konserwatywną. To projekty z początków lat 90-tych. Można o nich powiedzieć, że przebija z nich duch republikański. Z obecnej Konstytucji bije duch patriarchalny. Wywodzi się wprost z czasów realsocjalizmu. Wprowadzili go politycy SLD. Byłbym więc za tym, aby rozwijać debatę o Konstytucji. Brakuje mi jednak do tego jednego czynnika – Solidarności. W tej kampanii nikt nie powołał się i nie odwołał do tego milenijnego Ruchu i jego programowego dorobku. Bez zrozumienia Solidarności, tego unikalnego osiągnięcia polskiej myśli politycznej i działania publicznego, bez zrozumienia jego istoty nie jesteśmy w stanie napisać dobrej narodowej konstytucji. Innym zagrożeniem dla takiego aktu, jak konstytucja jest stan naszej myśli i praktyki tworzenia i stosowania prawa.

Ten stan widzimy pod postacią tysięcy ustaw, setek tysięcy przepisów, nieustającego potoku nowelizacji. Wiele aktów prawnych zwanych „ustawami”, to instrukcje sejmowe dla rządu, dla konkretnych ministrów, szefów urzędów. Takie „ustawy”, to wkraczanie władzy ustawodawczej w prerogatywy władzy wykonawczej. Te „ustawy”, to jednak dzieło prawników i procedury „uzgodnień międzyresortowych” – reliktu charakterystycznego dla czasów PRL. Nie widzę, aby najwyższe instytucje naszego systemu prawa działały na rzecz poprawy tego stanu rzeczy. Jedno w tej sytuacji jest dla mnie oczywiste, konstytucja i system prawa, to zbyt poważna sprawa, aby powierzać ją prawnikom. Mam tu na myśli nie tylko tych, którzy właśnie rządzą naszym krajem. Co do nich, mam jedno oczekiwanie – Autor? …Autor?...Autor?, czyli,…kto im dał dyplom, kto im zaliczył egzaminy??? Rządzący nami prawnicy ukończyli polskie uniwersytety. Na tych studiach uczyli ich polscy profesorowie prawa. Wśród nich są być może i ci, którzy zasiadają w Trybunale Konstytucyjnym. Nie mam więc wątpliwości, że refleksja nad stanem władzy sądowniczej, systemu prawa i kształcenia prawników w naszym kraju przyszła zbyt późno. Czy aby na pewno wreszcie przyszła?

W naszej transformacji systemowej najbardziej zabrakło skutecznej szkoły konserwatywnej. To jej brak jest przyczyną niedoinwestowania władzy sądowniczej, niedoinwestowania i braku reform w systemie studiów prawniczych, patologicznego systemu tworzenia i stosowania prawa. Te wybory nie przyniosły, niestety, żadnego przełomu w tej sferze. Zwyciężyła prawica, ale wraz z nią raczej konserwatyzm Josepha de Maistre’a, niż Edmunda Burka. Po czym to poznaję? W obozie zwycięskiej prawicy widzę „reformatorów”, od których nie usłyszałem ani jednego zdania, co uważają za cenne w polskiej historii i tradycji prawa, filozofii, oświaty. Obserwowaliśmy za to już to chłopięcą zabawę w policjanta, prokuratora i sędziego, już to roszady personalno/terytorialne dla doraźnego podreperowania budżetu Sądów.

Problemy władzy sądowniczej, to czarna historia polskiej transformacji warta „Czarnej Procesji”. Duże pieniądze dostała władza wykonawcza, choć jej rządy pozostawiają wiele do życzenia. Duże pieniądze dostała władza ustawodawcza, choć jej ustawodawczy dorobek, to raczej problem do rozwiązania, niż pomoc w działaniu obywateli i administracji publicznej. Władza sądownicza nie otrzymała niezbędnego wsparcia, choć demokracja i wolny rynek to eksplozja problemów, sporów, konfliktów. To zatem władza sądownicza w pierwszym rzędzie powinna była być dofinansowana, by mogła sprostać oczekiwaniom obywateli uwolnionych od opresji autorytarnego systemu. Tę uwagę kieruję szczególnie do ministrów finansów, szczególnie tych, którzy cenią sobie szkołę instytucjonalną w ekonomii.

Obserwuję więc obecną przepychankę wokół Trybunału Konstytucyjnego nie tylko jako efekt niepohamowanego ciągu „Prezesa” na władzę. To także efekt braku uwagi kolejnych rządów dla stanu władzy sądowniczej, stanu i jakości studiów prawniczych, katastrofalnej w skutkach praktyki stanowienia prawa. Optymistyczny bieg zdarzeń w tym konflikcie mógłby polegać na zawarciu „porozumienia społecznego” na rzecz reformy całej sfery prawa, wraz z systemem studiów i aplikacji. Dla mnie byłby to finał negocjacji z rządem, jakie Solidarność prowadziła w roku 1981 (po „konflikcie bydgoskim”). To wtedy postawiliśmy kwestię utworzenia Trybunału Konstytucyjnego, Trybunału Stanu, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajowej Rady Sądowniczej (KRS). Instytucje te powołano do istnienia w stanie wojennym (KRS już pod rządami Tadeusza Mazowieckiego). Nie protestowaliśmy, bo była to swoista realizacja ustaleń i programu Solidarności. Rzeczywistość pokazuje, że piętnastu lat III RP nie wystarczyło, aby władza sądownicza wybiła się na niezawisłość. Potrzebujemy więc w tej kwestii porozumienia społecznego na miarę tego „Sierpniowego”.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...